Cudowne życie bez kredytu hipotecznego. Dziś opowiemy sobie o kupnie własnego mieszkania za gotówkę. Jest to możliwe dla większości z nas jeśli mamy wyznaczony cel i konsekwentnie do niego dążymy. Musimy być w stanie się poświęcić i pójść na liczne kompromisy. Ale nagroda w postaci swojego mieszkania jest tego warta. Uważam, że jest to najlepszy sposób na zakup nieruchomości.

Po pierwsze podzielę się z Wami radosną wiadomością:

Nie ma nic za darmo

Nastawienie

Jeśli ktoś nie jest gotowy na duże kompromisy, na rezygnację z przyjemności, na poświęcenie, na ciężką pracę, obcinanie wydatków, oszczędzanie sporej części dochodów przez wiele lat – nigdy nie oszczędzi na mieszkanie. Musi kupić mieszkanie na kredyt i się z nim użerać przez 30 lat. Dług będzie nad nim wisiał niczym miecz Damoklesa przez większość życia a może i straszył jego spadkobierców po śmierci. Ja brzydzę się długami, biurokracją i służalczością. A kredyt hipoteczny to perfekcyjna kombinacja wszystkich tych rzeczy w jednym produkcie.

Jest wiele sposobów jak uzbierać pieniądze na zakup swojego pierwszego mieszkania. Można mieszkać z rodzicami, teściami lub można wynajmować małą, obskurną kawalerkę. Można też poświęcić się całkowicie zarobieniu dużej kwoty pieniędzy szybko: założyć własną firmę lub wyjechać za granicę. Ja wybrałem najłatwiejszą dla mnie metodę – emigrację do Wielkiej Brytanii.

11 lat w Anglii

Gdy opuszczałem Poznań w 2006 roku nie był on jeszcze rajem dla programistów, takim jakim jest teraz. Upatrywałem w Wielkiej Brytanii szansę na szybki zarobek i doszkolenie języka. Pierwsza praca jaką dostałem była w Szkockim miasteczku Hamilton. Jako programiście zaoferowano mi 20 000 funtów, a wtedy było to ponad 100 000 zł. Nowe mieszkania w Poznaniu kosztowały dwa razy tyle. Moja naiwna arytmetyka wykazała, że przez 2-3 lata uzbieramy na mieszkanie. Niestety już wtedy rozpoczynał się bum mieszkaniowy. Ceny poszybowały w górę a mój pracodawca splajtował po 6 miesiącach 🙁

Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Po dwóch tygodniach znalazłem sobie pracę w Londynie. Najpierw na okres próbny, kiedy to pracowałem z domu. Po kilku tygodniach gdy  dostałem ofertę pracy na etat przeprowadziliśmy się do stolicy. Zarobki się podwoiły, podobnie koszty życia i ceny nieruchomości w Polsce. Tak więc zostaliśmy na trochę dłużej i nie wiadomo kiedy minęły te planowane 3 lata.

Moja kariera dostała kopa gdy w 2008 roku zatrudniono mnie na kontrakt w banku RBS. Poznałem smak prowadzenia własnej firmy i pracy za stawkę dzienną. Były to pieniądze dużo lepsze niż na etacie. Na dodatek można było wykorzystać różne (legalne) sposoby optymalizacji podatkowej, by płacić dużo niższe daniny. Potem praca i życie nabrało tempa. Przeprowadziliśmy się niedaleko Cambridge a potem znów do Londynu. Urodziło nam się dwoje dzieci. Zdobywałem kolejne kontrakty: uniwersytet w Cambridge, Bank of America Merill Lynch, bank inwestycyjny Barclays. Za każdym razem wzrastała płaca ale również natężenie pracy, stres i frustracja.

W końcu w 2016 roku oznajmiłem wszystkim że wracamy do Polski w wakacje przyszłego roku. I tak się stało, że 29 lipca 2017 roku siedziałem w ciężarówce z całym naszym dobytkiem na promie z Dover do Calais. O tym ostatnim roku to chyba napiszę kiedyś książkę. Ogromna liczba zadań i stres by zamknąć dekadę życia w jednym kraju i przenieść ją do innego były jednym z najbardziej pracowitych etapów mojego życia.

Poświęcenie

A gdzie tu poświęcenie i kompromisy? Takie pytanie zadawać może tylko ktoś, kto nigdy nie wyemigrował z dala od własnego kraju. Owszem Anglia a w szczególności Londyn to złota klatka. Żyje się łatwo i przyjemnie – na pozór. Jednak okupione jest to mnóstwem wyrzeczeń,  których lista jest długa:

  • konieczność przystosowania się do nowej kuchni, produktów i cen
  • mieszkanie z dala od rodziców, krewnych i znajomych
  • samotność, brak pomocy w trudnych chwilach
  • tęsknota za znaną kulturą i językiem
  • inna mentalność, zwyczaje, moralność
  • irytująca poprawność polityczna brytyjczyków
  • załatwianie wszystkiego w obcym języku
  • nieznajomość prawa i formalności
  • poświęcenie czasu rodzinnego na pracę
  • męczące i niebezpieczne dojazdy do pracy
  • wakacje poświęcane by odwiedzać rodzinę w Polsce
  • rezygnacja z typowych przyjemności na rzecz oszczędzania
  • liczne przeprowadzki za lepszą pracą

Nagroda

Nagrodą jest cudowne życie bez kredytu hipotecznego. Dzięki pracy, ciągłemu rozwojowi kariery, kompromisom, wyrzeczeniom, sile woli w oszczędzaniu osiągnęliśmy z nadmiarem wyznaczone cele finansowe. Wynajmowaliśmy różne mieszkania i domy przez 11 lat. W sumie przeprowadzaliśmy się 9 razy w 6 różnych miejscowościach. Jeśli doliczymy ostatnią przeprowadzkę z Londynu do Poznania do będzie: 10 przeprowadzek, 7 miejscowości i 2 kraje. Nadszedł więc czas kupić coś swojego za ciężko zarobione pieniądze i kolejną, jedenastą przeprowadzkę. Ufff…..

Zalety kupna mieszkania za gotówkę

Nie przychodzą mi do głowy żadne wady takiego rozwiązania a jedynie same zalety.

Najlepsza okazja

Po pierwsze musieliśmy znaleźć to wymarzone mieszkanie. I pierwszą rzeczą jaką zrobiliśmy było ustalenie budżetu. Mieliśmy określoną liczbę pieniędzy i wiadomo było, że więcej nie będzie. Nie mogliśmy liczyć na żadne cuda inżynierii finansowej i magiczne powiększenie naszej „zdolności kredytowej”. Potem ustaliśmy lokalizację, parametry mieszkania i szukaliśmy. Zajęło nam około 6 miesięcy zanim znaleźliśmy takie, które nam odpowiadało i było w naszym budżecie.

Choć pokus po drodze było wiele. Były większe, nowe domy dużo droższe, które wymagałyby likwidacji naszego funduszu bezpieczeństwa. Lub tańsze mieszkania poza wybraną lokalizacją do kompletnego remontu, co oznaczałoby długie dojazdy. Ale mając czas, nie będąc pod presją banku, wydając własne pieniądze szukaliśmy dalej wytrwale. Wierzyliśmy, że prędzej czy później pojawi się okazja, którą będziemy mogli wykorzystać.

Dlaczego szukanie i kupowanie za gotówkę różni się od takiego na kredyt? Po pierwsze trudniej wydaje się swoje oszczędności zarobione przez krew, pot i łzy w porównaniu z pieniędzmi banku. Po drugie nie ulegamy syndromowi małej raty – wydajemy kilkaset tysięcy złotych na raz a nie zobowiązujemy się płacić miesięczną ratę w wysokości „zaledwie” dwóch tysięcy. Po trzecie, mogliśmy kupić jedynie takie mieszkanie na jakie nas stać a nie takie jakie nam się spodoba by potem martwić się jak je spłacimy. Każdą ofertę oglądaliśmy z wielu stron zastanawiając się czy są to mądrze wydane pieniądze.

Brak formalności wstępnych

Nie kupowałem nigdy mieszkania na kredyt więc nie wiem dokładnie jak ten proces przebiega. Natomiast kupując za prawdziwe, swoje pieniądze nie ma żadnych zbędnych formalności! Robimy przelew, podpisujemy papierki i gotowe.

Po pierwsze porządny kredytobiorca musiałby przez lata budować swój profil kredytowy w BIK. Oznaczać by to mogło nawet wzięcie kredytu, rat czy karty kredytowej tylko po to by się tam znaleźć, dobrze spłacać i mieć wysoki wynik. Kompletny idiotyzm!

W trakcie poszukiwań mieszkania trzeba by było też odwiedzić jednego lub więcej pośredników kredytowych, żeby zobaczyć który z kredytów jest dla nich nas najkorzystniejszy. No i oczywiście wyliczyć tą magiczną zdolność kredytową. Bo a nuż w jednym banku, który ma najniższe oprocentowanie możemy się zadłużyć na jedynie 300 000 zł. Natomiast w drugim, który jest tylko „troszkę” droższy jesteśmy w stanie wyciągnąć aż 400 000 zł.

Te wszystkie sprawy załatwiania kredytów wymagają ogromnej roboty papierkowej. Jeśli nie wypełnianie formularzy i ślęczenie u pośrednika to załatwianie różnych zaświadczeń od pracodawcy, PITów, ZUSów i co tam jeszcze bank od nas zażąda. Musimy im dać wszystko by wielmoże zadecydowali czy jesteśmy godni kredytu czy nie.

Jakże jestem szczęśliwy, że ja nie musiałem załatwiać żadnych z tych durnych formalności. Wszyscy pośrednicy, doradcy, bankowcy i urzędnicy mogli się ugryźć ze zgryzoty – ich usługi były mi absolutnie zbędne. Najlepsze jest to, że po powrocie z Anglii nie mieliśmy żadnej historii ani zdolności kredytowej. Co za tym idzie, żaden bank nie pożyczyłby nam złamanego grosza – więc nawet nie mieliśmy pokusy.

Brak formalności w trakcie

Przy kupnie na kredyt przygotowania to dopiero początek formalności. Gdy już znajdziemy wymarzone mieszkanie musimy czym prędzej biec do banku by się upewnić czy ten kredyt na pewno dostaniemy. Potem musimy spisać umowę przedwstępną – co kosztuje czas, pieniądze i jest kolejną biurokratyczną formalnością na korzyść banku.

Z tą umową grzecznie biegniemy do naszego sponsora i jak mamy szczęście to bank uruchomi nam kredyt. Pieniędzy oczywiście nigdy nie zobaczymy (tak jak tych franków) bo pójdą one prosto do sprzedawcy lub jego banku, by spłacić jego hipotekę.

Ja kupując za gotówkę nic takiego nie musiałem robić. Zadzwoniłem tylko do swojego banku by zwiększyli mi limit przelewu i powiedziałem, że będzie robiona jedna duża płatność. Zajęło mi to kilka minut, siedząc w fotelu przy kawie.

Szybkość transakcji

Sporo wody upłynie zanim sprzedawca mieszkania zobaczy pieniądze z kredytu. Agent nieruchomości i notariusz, z którymi współpracowałem, mówili że to może być tydzień lub dwa. W tym czasie wszyscy żyją w stresie i martwią się, czy wszystko pójdzie dobrze. A nuż bankowi się odwidzi lub zdarzy się coś niespodziewanego (np śmierć jednego z kupujących). Wtedy kredytu nie ma, właściciel nie sprzedał mieszkania a kontrahent nie kupił.

Wyjaśnienie dodane później po komentarzu Michała: Mimo, że akt notarialny został podpisany i kupujący jest właścicielem mieszkania to do czasu zapłaty poddaje się dobrowolnie egzekucji zgodnie z artykułem 777 kodeksu cywilnego. Jeśli kredyt nie zostanie uruchomiony z jakiejś przyczyny to: strony albo się dogadają do cofnięcia transakcji lub sprzedawca idzie prosto do komornika po odzyskanie należnych środków. Podejrzewam, że do tego dojdą co najmniej kolejne koszty notarialne.

Moja transakcja zakupu za gotówkę trwała pięć minut. U notariusza miałem swój laptop. Zalogowałem się do banku i wypełniłem formularz przelewu. Czterokrotnie sprawdziliśmy numer konta. Sprzedający nacisnął przycisk „Wykonaj przelew”, ja wpisałem kod autoryzacyjny z komórki i sprawa załatwiona.

Lepsza pozycja negocjacyjna

Mówi się, że kupując za gotówkę można to użyć jako argument w negocjacjach. Zgadza się, ale tylko wtedy, gdy nie jest się związanym emocjonalnie z kupowaną rzeczą. U nas tak niestety nie było. Wybrane ostatecznie mieszkanie nam się podobało, było w niezłym stanie i w idealnej lokalizacji. Co prawda znajdowało się na trzecim piętrze ale miało ładny widok z okien wystawionych na południe. Już wcześniej zostało obniżone o 20 000 zł i miało korzystniejszą cenę za m2 niż podobne w okolicy. Była to ta okazja na, którą czekaliśmy.

Dlatego ze smutkiem stwierdzam, że udało mi się wynegocjować jedynie 14 000 zł. Zaledwie 750 zł więcej niż przy nowym samochodzie, który kupowałem kilka miesięcy wcześniej. Musiałem ugiąć się w negocjacjach i zrezygnować z kilku technik by skłonić właścicieli do sprzedaży. Ale przynajmniej ta wynegocjowana kwota wystarczyła na pokrycie złodziejskiego podatku od czynności cywilno prawnych, prowizji agenta i opłat u notariusza.

Oszczędność pieniędzy

Oczywista oczywistość. Kupując za gotówkę nie będę płacił odsetek, ubezpieczeń, dodatkowych opłat za konto czy co tam bank innego wymyśli.

Cudowne życie bez kredytu hipotecznego

Jestem tak podniecony, że ledwo mogę usiedzieć. Coś takiego może chyba czuć jedynie wolny człowiek. Wolny człowiek na początku długiej podróży… której zakończenie jest niepewne.

Ellis Boyd „Red” Redding – „Skazany na Shawshank”

Przez najbliższe 30 lat mam spokój. Czego nie może powiedzieć osoba, która ma kredyt hipoteczny. Cokolwiek by się działo ze stopami procentowymi, kursem złotówki, franka, WIBOR’em, LIBOR’em, sytuacją w bankach, kryzysami finansowymi, utratą pracy, chorobą, śmiercią w rodzinie, zmianami przepisów, nowymi podatkami – mojej sytuacji mieszkaniowej to nie zmieni.

Mieszkanie jest nasze. Żadna instytucja nie ma do niego prawa ani dziś, ani jutro ani za 20 lat. Nie interesują mnie też ceny nieruchomości. Czy ceny wzrosną czy spadną nie ma to na mnie żadnego wpływu. Nie będę musiał refinansować kredytu i martwić się skąd tu wytrzasnąć dodatkowe pieniądze na pokrycie różnicy w kapitale kredytu.

Nie ma (prawie) żadnego ryzyka że go stracimy. A jeśli będziemy go sprzedawać, to nie dlatego że musimy bo nam bank lub komornik nam każe, tylko dlatego że chcemy.

Poświęciliśmy wiele by móc kupić swoje mieszkanie, ale nagroda jest tego warta.

A co Wy myślicie o kupnie mieszkania za gotówkę?

Czy jesteście gotowi na poświęcenie by tego dokonać i mieć wszystkich w nosie?

Zdjęcie od  Anja Schindler na Unsplash

Proszę pomóżcie mi szerzyć wiedzę finansową!

  1. Zostawcie swoje komentarze poniżej
  2. Polubcie ten wpis i udostępnijcie na Facebooku, Twitterze lub Google + (linki i ikonki są trochę niżej po prawej)
  3. Zasubskrybujcie ten blog przez RSS lub słuchajcie podcastu w iTunes
  4. Zapiszcie się na newsletter by otrzymywać informacje o nowych wpisach zniżkę na zakup złota i srebra oraz dostęp do tajnej strefy z dodatkowymi materiałami.


4 Komentarze

Michał z Oszczędzanie na etacie · 19 marca 2018 o 11:23

„A nuż bankowi się odwidzi lub zdarzy się coś niespodziewanego (np śmierć jednego z kupujących). Wtedy kredytu nie ma, właściciel nie sprzedał mieszkania a kontrahent nie kupił.”

Łukasz, w momencie podpisania aktu notarialnego stajesz się właścicielem mieszkania, a nie dopiero jak pieniądze trafią na konto sprzedającego 🙂

Więc tu bym paradoksalnie powiedział, że bank jest większym gwarantem przy zakupie mieszkania niż Kowalski. Bo co się stanie jak z wrażenia dostaniesz zawału u notariusza albo a nuż odwidzi Ci się robić przelew. Nigdy nie masz pewności jak zachowa się kupujący 🙂

    Łukasz · 19 marca 2018 o 13:29

    Michał, dzięki za komentarz.

    Zgadza się ale …. akt notarialny ma klauzule, zabezpieczające sprzedającego, o poddaniu się egzekucji jeśli nie będzie płatności. Cytuję z mojego: „Państwo oświadczają… że w związku z powyższym zobowiązaniem poddają się egzekucji w myśl art 777 par 1 pkt 4 k.p.c co do zapłaty ceny…”

    Tak że w przypadku gdy kredyt się nie uruchomi i nie ma zapłaty następuje albo jakieś szybkie polubowne załatwienie sprawy lub komornik. I ta historia ze śmiercią jednego z kupujących jest prawdziwa i transakcja została „odkręcona” dobrowolnie przez obie strony.

    Postaram się to uściślić we wpisie.

marc · 24 marca 2018 o 09:25

Ja może w kwestii podobnej, a mianowicie leasing. Kończę opłaty leasingowe za firmowy samochód pod koniec marca. Ostatnia rata, miała być równocześnie wykupem. Teraz okazało się jednak, że muszę wykupić kaucję zabezpieczającą wykup. Co prawda jet to 0.98%, ale nigdy wcześniej o tym nie bylo mowy. Napisz może coś o leasingach.

    Łukasz · 24 marca 2018 o 21:46

    Na leasingach niestety się nie znam. Nigdy nie miałem auta w leasing u czy na kredyt.

    Tak jednak, jak ze wszystkim trzeba czytać umowę. Pewnie coś o tej „kaucji” tam było.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *